Zazwyczaj nie pozwalam sobie na dygresje nie związane z moim pobytem w groźnej i mroźnej Hiszpanii, a już w ogóle nigdy na wrzucanie mniej lub bardziej zabawnych tworów zamieszczanych na You Tube, ale tym razem zrobię wyjątek.
Z dedykacją dla moich biednych dziewczyn, które ciężko uczą się do interny - w ramach powtórki do egzaminu:
Robi się coraz bardziej pusto i smutno. Wczoraj jedna z najbardziej najostatniejszych imprez pożegnalnych, tym razem Meksykanina Rafy, który dziś pojechał, reszta jedzie w niedzielę.
Od góry i od lewej: Meksykanin Miguel, Włoszka i Francuzka, które przyjechały tu tylko na kurs językowy, Austriaczka Katarina, Iza, ja, Jacek, Justyna, Asia, Rafa, Hiszpanka Elena i Meksykanin Joel.
Była świetna kolacja, meksykańskie sopes, tortille z sosem guacamole, wszystko widać na zdjęciu. Bardzo zaprzyjaźniliśmy się z Meksykanami, wszystkim nam żal, że też już wyjeżdżają.
Zapytalibyście, ile razy w ciągu jednego roku można zmieniać mieszkanie? Ja dwa tygodnie temu zrobiłam to kolejny raz. Obecne jest zdecydowanie mocno de lujo: w salonie gigantyczna plazma, fajoska kuchnia, suszarka bębnowa, czerwone luksfery w łazience - to takie najbardziej rzucające się w oczy punkty. No i nie ma przeklętych cucarachas, o których zabawnie się śpiewa meksykańskie piosenki, ale które są raczej trudne we współżyciu.
W Alicante, jak to było w piosence, “coraz więcej ludzi i coraz mniej nas”, erasmusów. Pod koniec czerwca niemal codziennie były czyjeś imprezy pożegnalne, teraz nie został już prawie nikt. Trochę smutno… Nawet nie mogę powiedzieć, że wciąż tu jestem na Erasmusie, bo oficjalnie program zakończył się w czerwcu.
Czas już chyba podać do wiadomości publicznej informację o moim powrocie. Otóż wracam do Polski 31. lipca. Tęskniliście?
Przecież najwyższy czas wspomnieć o disco-przebojach! Oprócz nieśmiertelnej Rihanny i jej równie niezniszczalnej parasolki, nie ma takiej imprezy i nie ma takiego klubu, w którym zabrakłoby Lamento Bolivano.
Odkręcamy głośniki, wrzucamy lód do szklanki z palemką i wszyscy razem: “ Y hoy estoy aquí borracho y loco…“
Jest tak strasznie gorąco, że trwam tu w stanie permanentnej śpiączki, niezdolna do jakiejkolwiek aktywności fizycznej czy umysłowej. Ale słowo się rzekło, trzeba relacjonować! A więc, Panie i Panowie, moi goście:
Już dobrze ponad dwa tygodnie mijają, kiedy, nie bez pewnych przeszkód związanych z maćkowym spóźnieniem się na samolot i późniejszym noclegiem na lotnisku - ale to nie należy zupełnie do historii!, przyjechali do Alicante Kasia z Maćkiem. Nie mogli lepiej utrafić z datą: nie dość że zdążyli na finałową noc Hogueras, to jeszcze akurat trwał konkurs (tylko Hiszpanie mogli wymyślić coś takiego) pokazów sztucznych ogni, które co noc o północy oglądało z plaży całe Alicante, a którego zwieńczenie zbiegło się z finałem Mistrzostw Europy w którym, jak wszystkim dobrze wiadomo, wygrał nie kto inny jak España!
Goście byli tylko w połowie gośćmi, bo nie mieszkali u mnie, jednak codziennie wieczorową porą wychodziliśmy - i o ile zawsze sobie powtarzałam, że “tym razem wracam do domu wcześnie” jakoś nigdy moje postanowienie nie weszło w życie; spijali mnie tam równo i systematycznie :) Pozdrawiam i do zobaczenia już we Wro!
Szał mistrzostw, czerwono - żółte morze ludzi na ulicach. Szkoda, że to nie my, ale - spokojnie! Już za cztery lata…
Już dawno się skończyły, nawet zdjęli kolorowe lampki porozwieszane wcześniej po wszystkich ulicach, a ja dopiero teraz ze zdjęciami. Nie ma ich wiele, opowiadać też nie ma za bardzo o czym, bo jak opowiedzieć o tygodniowej, przerywanej krótkimi godzinami niespokojnego snu ulicznej fieście rozpoczynającej się o zmroku i kończącej o świcie? O ulicach pełnych ludzi, o deptaku nadmorskim i plaży, na których zgromadzili się tłumnie chyba wszyscy mieszkańcy Alicante i okolic poniżej 30 roku życia (wielki alkoholowy, nocny piknik na stojąco), o barracas - ograniczonych płotkami przestrzeniach ciągnących się głównymi arteriami miasta, gdzie ludzie jedzą, piją, tańczą, śpiewają, o pozamykanych, nieprzejezdnych ulicach, o orkiestrach przemierzających dzielnice, których muzyka dociera do każdego zakątka obolałej głowy o nieludzkiej godzinie 8, może 9 rano… O mascletach i sztucznych ogniach codziennie, o poprzebieranych ludziach, tradycyjnych procesjach, corridach, wreszcie o hogueras, rzeźbach takich jak fallas, które skończyły w jedyny możliwy do przyjęcia sposób, czyli w ogniu…?
Nie da się tego opowiedzieć, więc nie będę nawet próbować. Zdjęć mam też tylko kilka; wstyd i hańba - beznadziejna ze mnie reporterka.
Ostatniego dnia imprezy przyjechali, nie bez kłopotów, goście. Ale o tym w następnym odcinku.